Islandia: do lodowca i z powrotem

Europa

Naszego gospodarza – Valura -poznajemy w sobotę 28.01 rano. Przygotowuje dla nas śniadanie, w tym… naleśniki. Takie amerykańskie pancakes z syropem klonowym!

W czasie śniadania podziwiamy też piękne kolory nad jeziorem tuż obok domu.

Ruszamy w stronę lodowca. Na wschód słońca zatrzymujemy się po skręcie w drogę prowadzącą do Hrunavegur. Sam wschód nie jest spektakularny. Ponownie – dużo ciekawsze kolory są za plecami, gdzie białe, ośnieżone góry mienią się w delikatnie różowym kolorze.

Jedziemy dalej. Przestrzeń. OGROMNA. Gdzie nie spojrzeć – tylko przyroda, czasem słupy linii energetycznej. Pola lawy, mchy i droga. Długa, ciągnąca się po horyzont nitka asfaltu – niczym w Kalifornii.

Zanim dotrzemy do parku Skaftafell zatrzymujemy się kilka razy na zdjęcia.

W parku odwiedzamy Visitor Center i z mapą ruszamy na szlak. 2 km pod górę do wodospadu Svartifoss. Jest malowniczy. Otaczające go bazaltowe skały wyglądają niczym organy. Przez dłuższą chwilę jesteśmy tu sami! W zasadzie nigdzie nie spotkaliśmy się z jakimś ogromnym tłumem turystów, ale zauważyliśmy, że jeśli już jakaś większa grupa turystów jest to są to na pewno turyści z Azji.

4-kilometrowy trekking do wodospadu i z powrotem zajmuje nam 1,5 h. Dziś zupy w termosie nie ma. Jest za to kus kus z czekoladą, bananami i skyrem.

Już tu, w Skaftafel, widać niebieskie „języki” lodowca.

Do Jokulsarlon mamy jeszcze ok. 50 km. Zmienia się też krajobraz. Po prawej mamy wodę, po lewej góry.  W drodze do laguny lodowcowej wisi nad nami ciemna chmura i zaczyna padać. A przed nami słońce. Na horyzoncie ośnieżone szczyty.

Widzimy już most nad laguną lodowcową, ale decydujemy się – jakoś tak intuicyjnie – zjechać na jeden z parkingów. Wychodzimy z auta, podchodzimy kilka kroków pod górę i… stajemy jak wryci! Glacier Lagoon w całej okazałości! Ilość lodu, różnorodność jego kształtów i odcieni szarości i błękitu powala. I w tym momencie już wiem, że hitem tego wyjazdu jest nie zorza, tylko lodowiec :)

Schodzimy na dół, a kry i kawałki lodu wyglądają jeszcze bardziej imponująco – dopiero z bliska widać jak są ogromne! Szkoda tylko, że ta chmura deszczowa nadal wisi nad nami. Nie pada, ale daje dużo cienia! No cóż, nie można mieć wszystkiego :)

Ruszamy więc na Diamond Beach. To czarna, wulkaniczna plaża, na którą ocean wyrzuca fragmenty lodowca, które wypłynęły z laguny. Tu poczułam ogromny niedosyt fotograficzny! Tu chciałabym wrócić i wiedziałam to już po zrobieniu raptem kilku zdjęć.

Mamy jeszcze około godziny do zachodu słońca. Przejeżdżamy się więc na parking po drugiej stronie drogi, gdzie też jest sklepik z pamiątkami i czymś do przekąszenia. Tu jest już tłoczno od turystów. Trzeba postać w kolejce. Parking jest zapełniony niemal całkowicie (nie wiem, jak to wygląda latem, w pełni sezonu, ale teraz jest tu dość ciasno). W sklepiku wybieramy krem pieczarkowy. Jest tak dobry, że zamawiamy dolewkę (krem 1600 koron, dolewka już tylko 600 :) ).

Mimo chmur – coś się zadziało nad lodowcem w czasie zachodu słońca. Było co fotografować. Ciepłe, pomarańczowo-żółte i różowe światło nad zimnymi i niebieskimi krami lodowca.

Zdecydowaliśmy się tu zaczekać  ponad 2 godziny na zorzę. O 18 zamknęli sklepik. Zjedliśmy chyba wszystkie zapasy batonów! Bliżej 19 zaczęły się zjeżdżać busy z turystami z Azji. Zrobiło się tłoczno. Mnóstwo latarek i świateł samochodów… I jak tu wypatrzeć zorzę? Prawdę mówiąc – obserwowaliśmy wyświetlacze aparatów turystów, którzy ustawili się prawie przed naszym autem… Gdy tylko na wyświetlaczach pojawiły się zielenie, a w tłumie łowców zórz oznaki radości i ekscytacji wskazujące, że JEDNAK COŚ SIĘ DZIEJE NA NIEBIE – opuściłam ciepłe autko i ruszyłam na łowy! Oj, nie było łatwo… oj, świecili tymi latarkami prawie w obiektyw! Ale próbowałam, bo oprócz zieleni pokazał się też róż i fiolet.

Około 22 ruszamy w drogę powrotną do Guest House Bjork. Jest kompletnie ciemno. 100 proc. black mówiąc językiem grafików ;) A za nami zorza rozpięta w łuku niczym tęcza… Drogę w tych ciemnościach wytyczają żółte słupki ustawione wzdłuż drogi. Zauważalne w ciągu dnia, ale i doskonale widoczne w nocy! Ale trzeba uważać, bo wieje… i czuć, że siła wiatru porusza jadący samochód… trzeba uważać, bo nie wszyscy kierowcy gaszą długie światła widząc nadjeżdżający z naprzeciwka inny samochód… trzeba uważać, bo są tu mosty, gdzie jest zwężenie do 1 pasa ruchu… jedne są krótkie, kilkudziesięciometrowe, ale przejeżdżamy też przez dłuższe, na których są zatoczki dla bezpiecznego wyminięcia się…

Zatrzymujemy się na dwóch parkingach na zdjęcia zorzy. Ten krótki postój kilka kilometrów przed Kirkjubaejarklaustur jest bardzo ciekawy – widać podświetlony nocą wodospad Foss a Sidu, a nad nim zorzę :)

Stajemy jeszcze w samym Kirkjubaejarklaustur, przy skręcie do domu – nad wodą widać kilka zorzowych łuków…. Jest pięknie!

Sesję zorzy kontynuujemy przed domem. Widać, że zieleń na niebie wywołała poruszenie wśród pozostałych lokatorów, bo wszyscy ruszyli na zdjęcia :)

 

Reklamy

7 uwag do wpisu “Islandia: do lodowca i z powrotem

  1. Mam nadzieję że kiedyś uda mi się towarzyszyć Ci w wyprawie po świetne ujęcia. Oglądać, czytać to ogromna przyjemność, ale obserwować jak rodzą się takie cuda to… trudno ująć w słowa…ptasie mleczko, Prince polo i delicje razem.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Aneta, przepiękne zdjęcia zapierających dech w piersiach krajobrazów i okoliczności przyrody. Diamond Beach chyba najbardziej mi się podoba i lodowiec i formy lodowe generalnie. Bardzo ciekawa i świetnie pokazana przygoda islandzka! :)

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s